Nigdy nie mówię: „nie masz racji”

O legendarnym spikerze Janie Suzinie, jego rodzinie i początkach Telewizji Polskiej z Halszką Wasilewską rozmawia Tadeusz Deptuła. Cała rozmowa opublikowana została miesięczniku SENIOR 5/2021.

 

Halszka WasilewskaTadeusz Deptuła: W obecnych czasach powinniśmy zacząć rozmowę od pytania, jak się Pani odnajduje w pandemicznej rzeczywistości?

Halszka Wasilewska: O dziwo, świetnie. Jestem samotnikiem, mam tendencje do izolowania się. Nigdy nie miałam tzw. psiapsiółek, chociaż bardzo dobrze współpracowało mi się z wielką liczbą osób. Na szczęście teraz już nie chodzę do pracy, odpadają wszystkie związane z tym obowiązki i niebezpieczeństwa.  

Przyszła Pani do telewizji po szkole dziennikarstwa, jaką był Sztandar Młodych.

Można to tak nazwać. Podczas wakacji - między pierwszym a drugim rokiem studiów polonistycznych - z bardzo prozaicznego powodu konieczności zarabiania na życie trafiłam do „Życia Gospodarczego”, a potem do redakcji „Sztandaru Młodych”. Praca wakacyjna zamieniła się w pracę stałą. Wtedy nie było tzw. umów śmieciowych. W „Życiu” byłam korektorką, a w „Sztandarze” reporterem miejskim. Miałam jeden warunek: po każdej sesji egzaminacyjnej musiałam przynieść redaktorowi naczelnemu indeks i pokazać, że praca nie przeszkadza mi w nauce.  

Po latach trafiła Pani do telewizji…

Kiedyś wpadałam do Edka Mikołajczyka, który wcześniej pracował w „Sztandarze” i czasami zapraszał dawnych kolegów, gdy potrzebował np. dokumentalistów. Mnie z czasem zaproponował nawet pojawienie się na wizji.

W „Rozmowach intymnych”?

Skądże. Najpierw byłam „przynieś, podaj, pozamiataj”, potem robiłam dokumentację, następnie bloki tematyczne Studia 2. Jednym z takich bardzo trudnych, narzuconych z góry tematów, był alkoholizm. Szukając klucza do tego tematu, przypomniałam sobie książkę o ruchu anonimowych alkoholików i  wolontariuszy AA w Ameryce i postanowiłam zaprosić autentycznych alkoholików do studia.

To musiało być dość rewolucyjne, bo nikt tym ludziom wcześniej nie dawał głosu.

Zrobiłam jeden program i wtedy mój szef, Mariusz Walter, kazał mi zrobić pięć następnych. Potem, gdy chciałam się z nim spotkać, sekretarka powiedziała „Mariusza nie ma, ale program już jest w ramówce”.

 Ale to nie był Pani pierwszy samodzielny program?

Pierwszy to „Jutro poniedziałek” nadawany w porze obiadowej w niedzielę. Kiedy później ruszyły różne telewizje śniadaniowe i poradnikowe, uświadomiłam sobie, że robiłam to już wiele lat wcześniej, choć wtedy nikt tego tak nie nazywał. Potem pojawił się cykl „Wódko pozwól żyć”, który ewoluował do „Nocnego czuwania bez butelki”. Telewizja dostała wtedy dodatkowe nocne pasmo. Zaproponowałam wówczas robienie programu na żywo, w studiu. Prekursorką „Rozmów intymnych” była Ewa Piątkowska, która poruszała także temat alkoholizmu. Jednak to my pokazywaliśmy konkretnych ludzi, którzy mówili o swojej chorobie i opowiadali, jak można sobie z nią radzić.

Powodem naszego spotkania jest książka Jana Suzina pt. „Nieźle się zapowiadało”, mówiąca o początkach telewizji i ludziach ją tworzących. W posłowiu do niej napisała Pani: „słuchając pana Jana Suzina uczę się tego, czego w mojej szkole nie uczą. Odkrywam, że mówienie to nie sprawność, ale sztuka”.

Niestety, nigdy nie bylibyśmy sobie przedstawieni. Poznałam go, jak inni wielbiciele siedzący po drugiej stronie ekranu. Gdy go oglądaliśmy, początkowo jeszcze u sąsiadów, to wszyscy z podziwem mówili „nasz Janek”. Była jeszcze Irena Dziedzic, potem dołączyła Edytka Wojtczak, też „nasza Edytka”.

Co się w nim podobało?

To, co było w nim z przedwojennej Warszawy: kultura i elegancja podane na ciepło. Miał jakiś klucz do ludzkich serc. Z góry było wiadomo, że to szczery i uczciwy człowiek. Wiele lat później dowiedziałam się, że pochodził z rodziny o wielkich tradycjach patriotycznych postaw, troski o rodaków. Rodacy to taki rodzaj większej rodziny - ta sama podstawa słowotwórcza. Ojciec Jana Suzina, Leon Marek, był znanym architektem i pracował w Biurze Odbudowy Stolicy. Pamiętam, jak mój ojciec razem z paskiem wypłaty przynosił tzw. cegiełki na odbudowę stolicy. To była realizacja powszechnych marzeń ludzi, przeciwstawienie się hitlerowskim planom, że „kamień na kamieniu się nie ostanie” z Warszawy i stalinowskiemu pomysłowi na nową, proletariacką stolicę w innym mieście.

Zapraszała Pani Suzina do swoich programów, czy tylko je zapowiadał?

Nigdy. Pracował na Placu Powstańców, a ja zawsze na Woronicza, choć była to jedna firma. 

Pani, a także Edyta Wojtczak, Krystyna Loska, Bogumiła Wander, Bożena Walter, Olga Lipińska, Elżbieta Jaworowicz, to cała paleta wyjątkowych pań, które odcisnęły piętno na telewizji tamtej epoki.

To były głównie spikerki i prezenterki. Natomiast Ela Jaworowicz tworzyła zapowiadane treści. Elka (bo tak zawsze się do siebie zwracałyśmy) do perfekcji doprowadziła zajmowanie się sprawami zwykłych ludzi. Tyle razy słyszałam, jak walczyła z szefami i zawsze zwyciężała. W programach interwencyjnych bardzo łatwo bezwiednie pokazać nieprawdę, pośliznąć się na skórce od banana. Elce zawsze udaje się wybrnąć. Jest mistrzynią.

Byli jeszcze wtedy: Hanna i Antoni Gucwińscy, Ela Dzikowska i Tony Halik, Marek i Wacek, autorzy Sondy, Sumiński, Waldorff, Kobyliński…

Oni zawsze mieli swój temat, poszerzali naszą wiedzę o świecie. I, co najważniejsze, potrafili ze swoim przekazem dotrzeć do widza. Często zapraszani specjaliści dodają sobie powagi hermetycznym językiem, a  Gucwińscy czy Halikowie, będąc autentycznymi fachowcami, rozmawiali jak zwykli ludzie. To wielka sztuka edukowania.

Nie brakuje Pani tego w dzisiejszych telewizjach?

Brakuje. To były prawdziwe gwiazdy, a dzisiaj jest moda na celebrytów, na budowanie swojego wizerunku metodą: patrzcie, jakie mam buty! Poza tym ja rzadko oglądam telewizję. Najchętniej szukam informacji w Internecie. Tam dowiem się o wiele więcej i szybciej w tym samym czasie. Nie potrzebuję komentarza, nie lubię, jak mi się mówi, co mam myśleć. Myśleć to ja potrafię sama i to jest dowód, że jeszcze żyję.

Co Pani robi, że zachowała tak dobrą formę, tyle energii życiowej, radości i uśmiechu?

Mam osiemdziesiąt lat, chodzi mi się coraz trudniej, od dawna nie biegam. Chodzę. Moją kondycję trzymają psy. Nie mam małych wnuków, wszyscy w rodzinie są dorośli. Obowiązek wychodzenia z psami przy każdej pogodzie jest tym, co zaleca się wszystkim starym ludziom. Po drugie: ciągle rozumiem ludzi, z którymi się nie zgadzam. Podobno to cecha młodych. I wkładam to do głowy mojemu wnukowi. Jak się kłócisz, to słuchaj argumentów drugiej strony, będziesz od tego tylko mądrzejszy. Pozwól człowiekowi żyć z tym, co w sobie hoduje, nawet jeśli się z tym nie zgadzasz. To jest jego życie. Niestety, dzisiaj obowiązuje zasada:  „Jeśli nie zgadzam się z tobą, to jesteś moim wrogiem”. Już nawet nie mówi się „nie zgadzam się z tobą”, tylko „ty nie masz racji”. Oczywiście, można nauczyć się żyć w takim świecie. Na przykład omijać ludzi, z którymi nie umiemy normalnym, ludzkim językiem porozmawiać. Ja też tak czasem robię. Ale ogólnie, to ludzie lubią się kłócić. Pewnie dlatego, że ja nigdy nie mówię „nie masz racji”.

Pobierz pdf

Pobierz katalog książek
2019/2020

Zapisz się do newslettera
i bądź na biężąco!