
Świat sztuki jest pełen historii. Wzniosłe ideały przeplatają się tutaj z nikczemnymi czynami. Sztuka wsiąknęła w moje życie tak głęboko, że wiedziałam, że skoro mam pisać książki to tylko takie, które w pewien sposób będą o niej opowiadać.
Chciałam być wiarygodna, dlatego musiałam znaleźć płótno, które znajdowało się w muzeum Cantini w Marsylii. Prawdę mówiąc, na początku brałam pod uwagę inne dzieło, ale ostatecznie obraz Francisa Bacona wydał mi się ciekawszy. To autoportret, żeby go namalować artysta musiał dobrze się sobie przyjrzeć i spojrzeć sobie głęboko w oczy. To samo robią moi bohaterowie. Wyzwania, które przed nimi stawiam zmuszają ich do autorefleksji, do weryfikacji przekonań, według których dotąd żyli i do porzucenia swojego dotychczasowego planu.
Kiedy wchodzę do muzeum, czuję taką samą ekscytację jak wtedy, kiedy zaczynam czytać powieść. W ramach obrazów zamkniętych jest mnóstwo historii. Zwykle widzimy tylko fragment, na przykład łzę w czyimś oku, resztę musimy sobie dopowiedzieć sami. Ja to uwielbiam. Spacery w muzeach są dla mnie rozgrzewką przed pisaniem. Ostatnio krążyła w Internecie plotka o człowieku, który podawał się w Luwrze za przewodnika i opowiadał zwiedzającym zmyślone historie na temat malarzy i obrazów. Byłam zafascynowana tą postacią i bardzo żałowałam, że ta wiadomość okazała się fake newsem.
Znam wiele takich historii. Czytałam książki napisane przez fałszerzy i złodziei. Prawdziwe historie włamań i kradzieży potrzebne mi są przede wszystkim po to, żeby utwierdzić mnie w przekonaniu, że pewne kradzieże są możliwe. Na przykład w marcu tego roku, we Włoszech włamano się do rezydencji, złodzieje sforsowali główne drzwi do willi dei Capolavori, położonej na wsi w okolicach Parmy, i ukradli obrazy z Sali Francuskiej na pierwszym piętrze budynku. To były dzieła Matisse’a, Cézanne’a (przepiękna martwa natura z rybami) i Renoira. Jeśli myślisz, że nie można ukraść wartego kilkadziesiąt milionów obrazu bo jest pilnie strzeżony, to prawdopodobnie się mylisz. Tę kradzież zresztą kilka dni temu udaremniono, ale to już inna historia.
Właśnie sobie uświadomiłam, że najwyraźniej tak. To chyba nie świadczy o mnie dobrze. Muszę się nad tym głęboko zastanowić.
Rita i Marcel różnią się niemal pod każdym względem. Te różnice są wynikiem różnych życiowych doświadczeń. Rita pochodzi z bogatego domu, sypiała w drogich hotelach Marcel był wychowywany przez samotną matkę i jego życie było znacznie mniej komfortowe. Te doświadczenia wyposażyły ich w zupełnie inne umiejętności i talenty. Wspólnym mianownikim jest dla tych skrajnie różnych osobowości - sztuka. Z jakiegoś powodu uznałam, że tyle wystarczy, żeby stworzyli skuteczny duet (albo nomen omen dyptyk). Poza tym muszą się nauczyć siebie tolerować. Niech czytelnicy sami ocenią, któremu z nich przychodzi to z większą łatwością.
Nigdy żaden bohater nie przejmuje kontroli nad fabułą mojej książki. Jakkolwiek to zabrzmi - rządzę ja. Wiem, że niektórzy pisarze mówią, że coś takiego ma w ich twórczości miejsce, ale ja im nie wierzę. Myślę, że zmyślają, w końcu to pisarze.
Ponieważ uznałam, że potrzebuję ciekawego tła dla opisywanych wydarzeń. Jest wiele pięknych miejsc, ale Włochy są wyjątkowe. Zatem tym razem Półwysep Apeniński, ale w kolejnej części Rita i Marcel będą musieli się udać w bardziej egzotyczne miejsce.
Zawsze się waham, jak powinnam odpowiedzieć na takie pytanie, ale ostatecznie i tak odpowiadam szczerze. Nie odwiedzam miejsc, o których piszę. Natomiast robię naprawdę głęboki research. Poświęcam temu dużo czasu i uwielbiam ten etap pracy. Po napisaniu „Mistrala” mogłam zostać przewodnikiem po Marsylii, znałam tam każdą ulicę i każdy zabytek. Teraz można ze mną spacerować po Mediolanie i nad jeziorem Como.
Budowanie napięcia i zwroty akcji. Muszę przyznać, że od zawsze wiedziałam, że będę pisać, ale że będą to książki, określane mianem kryminałów, to jednak mnie samą zaskoczyło.
Jak już wspomniałam robię solidny research, który rozpoczyna się na długie tygodnie przed pisaniem. To jest mój ulubiony etap pracy. Pewnie dlatego potrafię w nim przepaść i szczerze mówiąc, sama siebie muszę dyscyplinować i przekonywać, że wiem już odpowiednio dużo i jestem gotowa, żeby zabrać się za pisanie. Research zresztą nie kończy się zanim nie postawię w tekście ostatniej kropki.
Zaczynam od bohatera. Wymyślam postać, staram się, żeby była interesująca i zastanawiam się, co takiego może się jej przytrafić.
Lubię planować. Zanim usiądę do pisania, wiem jak moja historia się skończy. Muszę wiedzieć dokąd zmierza, bo tylko wtedy jestem spokojna. W czasie pisania oczywiście pojawiają się anegdoty i bohaterowie, których nie przewidziałam. To trochę, jak w podróży. Wiemy, że lecimy do Lizbony i mamy tam spędzić tydzień, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć, że po drodze na lotnisku w Berlinie spotkamy kogoś, kto pożyczył nam dużą sumę pieniędzy, której nigdy mu nie oddaliśmy.
Każdy, ale motyw winy był na pewno najważniejszy. Mierzy się z nim Antonio i raczej nie wychodzi z tej walki zwycięsko.
Ależ tak! To dlatego zamożni ludzie już od dawna zamawiali portrety i gotowi byli zapłacić za nie duże pieniądze. Portret sprawiał, że sami stawali się dziełem sztuki i zapewniał im nieśmiertelność. Mam przed oczami namalowany przez Johna Singera Sargenta „Portret Doktora Pozzi w domu”. Doktor Pozzi był pionierem nowoczesnej ginekologii i dandysem. Słynął z licznych romansów. Ale tego nie trzeba wiedzieć, można to wywnioskować, patrząc na obraz. Wystarczy spojrzeć na jego czerwony szlafrok i smukłe palce.
Nie lubię brutalnych scen w literaturze. Nie wierzę, że spełniają funkcję katharsis, obawiam się, że raczej czytelnika z przemocą oswajają. Po prostu nie chcę przykładać do tego ręki.
Tak! Czytelnicy znajdują w moich książkach rzeczy, o których ja nie miałam pojęcia. To jest w czytaniu najpiękniejsze. Nikt nie czyta tej samej książki, bo każdy filtruje ją przez siebie i swoje doświadczenia. To jest fascynujące.
Ależ to jest dobre pytanie!
Najlepiej, gdyby to była przygoda jak ta z filmu Woody’ego Allena „O północy w Paryżu”, żeby to nie był jeden malarz tylko kilku. Wśród nich musiałby być na pewno Claude Monet, bo mam wrażenie, że jego obrazy nie pokazują tego, jaki był naprawdę. Owszem, był głęboko doświadczonym przez los człowiekiem, pracoholikiem. Monet długo czekał na sukces, który przyszedł późno i, któremu towarzyszyła najgorsza choroba, która może doświadczyć malarza - ślepota. Podziwiam go za determinację i chciałabym z nim o tym porozmawiać. Ale mam nadzieję, że pokazałby także przynajmniej cień innej strony swojej osobowości. Podobno potrafił być nieznośny i miewał naprawdę ciekawe przygody - jak ucieczka z hotelu bez płacenia rachunku albo przebieranie się za słynnego malarza, którym jeszcze nie był.
Wiem też, którego artysty nie chciałabym spotkać, ale nie tego dotyczyło pytanie.
Lista obrazów, które chcę zobaczyć na żywo jest bardzo długa. Zdaje się, że codziennie dopisuję do niej kolejny i zdarza się, że jakiś skreślam, bo jednak się udało. Od dawna chcę stanąć pod obrazem Salvadora Dalego „Chrystus świętego Jana od Krzyża”. To płótno, w którym ciężar tematu został całkowicie przeniesiony na perspektywę. Nie można tego zrozumieć. Podobno trzeba stanąć pod obrazem i poczuć. A tego nie da się zrobić inaczej niż lecąc do Szkocji, bo obraz jest w Glasgow Kelvingrove Art Gallery and Museum. O tym płótnie opowiadała nam pani profesor w czasie studiów. Wtedy nie mieliśmy w kieszeniach smartfonów i nie mogliśmy go po prostu wygooglować. Musiała zatem opisać to wrażenie bardzo sugestywnie, skoro nigdy o tym obrazie nie zapomniałam. Kilka dni temu zdjęcie tego obrazu wysłała mi koleżanka, która właśnie zwiedza Szkocję i ono pewnie rozbudziło we mnie to marzenie.
Tego nigdy nie wiadomo. Nie szukam inspiracji świadomie. Po prostu żyję tak, jak lubię. Słucham ludzi i ich historii, chłonę rzeczy, zapachy i widoki. Później, kiedy już zaczynam pisać prawdopobnie, w jakiś magiczny sposób te chwile uruchamiają się w mojej wyobraźni i pozwalają mi napisać daną scenę. Pamięć jest jak wielkie archiwum. Ja w swojej mam rzeczy tak banalne, jak wzory na dzierganych serwetach widzianych na targu w Zadarze. Nie wiem, czy się kiedyś przydadzą, ale je zapamiętałam.
Byłabym okrutna, gdybym zostawiła moich Czytelników bez odpowiedzi przynajmniej na to jedno konkretne pytanie - kto stoi za szantażem? Nie chcę zbyt wiele zdradzać. Mogę tylko obiecać, że będzie sztuka, będą podróże i będzie zadanie, które różni się od poprzedniego. Mam wrażenie, że Rita i Marcel dopiero się rozkręcają.
Social Media - Justyna Mietlicka: